To był numer sześć

Scroller wpadł jak po ogień. Oznacza to, że zaatakował wszystkimi kanałami komunikacji.

“Słuchaj, nie napisałabyś czegoś do Mojego Jabłuszka? Bo Ty fajnie piszesz, a taki zamiąch się zrobił. Napisz coś o środowisku. No wiesz, tak z dystansem, do następnego numeru.”

W sumie … dawno nie pisałam o makach. Strona leży odłogiem. Wyszukiwarki zapomniały jak się nazywam. Będzie się to chciało komuś czytać? W końcu “makowanie” to teraz produkty “aj”, strach bąknąć pod nosem “środowisko”, bo zaraz ktoś nakrzyczy. O twórcach i konsumentach też lepiej się nie wypowiadać. Z dugiej strony … No właśnie. Z drugiej strony, wszystkie najlepsze przygody zaczynały się od tego, że ktoś wypadł z komunikatora albo skrzynki pocztowej. O, na przykład Heidi wypadł kiedyś z maila z pytaniem:

“Czołem, masz może konto na tym nowym forum? MyApple? Strasznie tam jeden delikwent bruździ, nie zajrzałabyś?”

No i zajrzałam. Nawet zostałam.

Innym razem, z iChata wypadł Paweł Dworniak, pospołu ze wspomnianym już Scrollerem i PartyzANTem. W zasadzie to nie wypadli, tylko rozmawialiśmy o Mac.magu, fantastycznej inicjatywie – makowej gazecie, która pojawiła się i bardzo szybko zniknęła. Gaworzyliśmy, że brakuje, że nie ma, że fajnie by było, gdyby ktoś zrobił coś podobnego. I jak to bywało w tamtych czasach, Paweł Dworniak skręcił pdf-a i podesłał do korekty. (Pierwsza korekta-2004!) Została już tylko nazwa. Ma być z makami. m@kowiec! I tak zostałam matką chrzestną pdf-a, który miał szansę zostać następnym mac.magiem lub wczesną wersją Mojego Jabłuszka. Niestety, było na to za wcześnie i z pdf-a narodził się jeden z najlepszych makowych blogów tamtych czasów.

To może napiszę? W końcu, co mi tam! Napiszę.

I napisałam. To był numer szósty magazynu MJ, rocznik 2008 był wyjątkowo płodny. Za oknami kwitły jabłonie a felieton nosił tytuł:

Wojna Światów

Here’s to the crazy ones. The misfits. The rebels. The troublemakers. The round pegs in the square holes. The ones who see things differently. They’re not fond of rules. And they have no respect for the status quo. You can quote them, disagree with them, glorify or vilify them. But the only thing you can’t do is ignore them. Because they change things.

Zwykło się mawiać, że toczy się wojna pomiędzy macuserami a windowsiarzami. Zastanawiając się na tym, można dojść do wniosku, że owa wojna to tylko wojenka, zaś ta prawdziwa wojna, to wojna domowa – macuserzy przeciwko macuserom.

Gdy rozpoczynałam swoją przygodę z makami, urzekła mnie naruszona już wtedy, lecz ciągle imponująca spójność środowiska. Życzliwość, chęć niesienia pomocy, dzielenia się wiedzą. Miałam wrażenie, że odnalazłam miejsce, do którego chcę należeć. Idee, której chcę być częścią.

Odwiedzając macuserskie strony, można było odnieść wrażenie wkraczania do skarbnicy przyjaznej wiedzy. Strony apple-history.jabluszko.com (dziś już nie istniejące), przetłumaczone z oryginału przez Daca (Dariusz Ćwiklak)  i Piotra Ciupińskiego (bodajże najbardziej znanego macusera w kraju i za granicą),  strony Kuby Tatarkiewicza – “Po drugiej stronie” (również już nie istniejące), PYM (ten przetrwał), ‘Szarlotka‘ Krzysztofa Młynarskiego i wiele innych otwierały bramy do świata nadgryzionego Jabłka.

Mimo, że z większością ludzi tworzących te strony nie zamieniłam w owych czasach ani słowa, jawili mi się jak starzy, dobrzy znajomi. Szczególnie bliski był mi Kuba Tatarkiewicz, jego “Druga Strona”, fantastyczne felietony które bawiły mnie do łez. Zawsze żałowałam, że pisywał tylko raz w tygodniu i do dziś czuję się niepocieszona, że jego strony zniknęły, zastąpione blogiem w Computerworld.

Czasem zastanawiam się, czy napływającej rzeszy nowych macuserów mówią cokolwiek wymienione powyżej nazwiska. Nazwiska ikon makowego światka. Odpowiedzi może być kilka – począwszy od: “Nic mnie to nie interesuje, ja używam komputera”  przez “Ikony? Jakie ikony? Ikony to ja mam na pulpicie” aż do “A kogo obchodzi martwa filozofia?!  Czasy Mac Ewangelistów już minęły!”

Zapewne oponenci mają odrobinę racji. Przeminęły procesory Motoroli, przeminęły również PPC. Nastały czasy Intela. Logo Apple wyblakło, z kolorowej tęczy powstał błyszczący i świetlisty symbol iPoda, a wielu jego użytkowników nie domyśla się nawet, że firma która wyprodukowała ich odtwarzacz od wielu lat zajmuje się produkcją komputerów, na które do tej pory żaden śmiałek nie napisał wirusa.

Jednak w swym pędzie do zarwania z korzeniami, oponenci nie zauważają, że w tradycji i historii nie wszystko jest tamą dla nowoczesności i postępu. Sytuację tą można porównać do konfliktu pokoleń, gdy dzieci odrzucają bezkrytycznie wszystkie wartości rodziców, nie bacząc  na ich ewentualną wartość.

Tak właśnie rozpoczyna się Wojna Światów. Wojna pomiędzy Tymi_którzy_byli a Tymi_którzy_przybyli. Również walka pomiędzy Tymi_którzy_jeszcze_wierzą i Tymi_którzy_stracili_nadzieję. Zacierają się granice i kolory jabłek. Wszyscy zaczynają walczyć ze wszystkimi.

Wielu “Wielkich” gdzieś zniknęło, zamilkło, odsunęło się od spraw makowych. Nie oznacza to że zaprzestali użytkowania marki Apple. Po prostu zamilkli, robiąc miejsce nadchodzącemu pokoleniu macuserów. Może zniechęceni bezowocnym wysiłkiem, może bezustannym narzekactwem i krytycyzmem. Może ich jednostkowość i wybitność w naszym małym kraju rozumiejącym jedynie przeciętność sprawiła, że zabrakło dla nich miejsca? Nasuwają mi się w tym momencie słowa z “Murów” Kaczmarskiego: “(…)Kto sam ten nasz najgorszy wróg(…)”.

Samotni obrońcy idei i MacEwangeliści zwykle nie wytrzymują naporu tłumów i stają się łatwym celem. Nieliczni prześlizgują się w cieniu, po cichu robiąc swoje i nie ujawniając się z idealizmem. Przemycają pod szarymi płaszczami kolorowe kawałki jabłek.

Nasz konsumpcyjny, kapitalistyczny świat nie pozostawia miejsca na altruistyczną, pro-społeczną działalność. Jeśli coś jest za darmo – nie jest wystarczająco dobre, nie posiada wymiernej wartości. Jeśli ma wartość i cenę zostaje okrzyknięte zbójnictwem. W oczach użytkowników nie istnieje złoty środek. Każda inicjatywa zostanie drobiazgowo zbadana pod każdym kątem i wydany zostanie surowy wyrok. NIE dla wszystkiego. NIE dla niczego. NIE w każdym przypadku i każdych okolicznościach.

Czy idealizm oznacza bezkrytyczne uwielbienie dla Maków? Bezgraniczną radość na widok każdego grymasu na twarzy Steva Jobsa? Oczywiście że nie! Idea jest ideą, symbolizującą pewną wartość, cel, punkt widzenia. Kampanie  reklamowe przemijają. Po “Think Different” nastał “Switch” a obecnie “Get Mac”. Żadna z nich jednak nie miała takiej siły wyrazu, polotu, żadna nie potrafiła porwać ludzi za sobą tak jak ta pierwsza. Czemu więc odrzucać coś, co zjednoczyło macuserów na całym świecie? Wszystkich szalonych i niepokornych. Barwne umysły, dzieci kwiaty nauki i sztuki, koneserów i dyletantów wszelkich dziedzin.

Jeśli już nie komputer sam w sobie, łączy nas pasja. Niekoniecznie ta sama. Umiejętność poddawania się pasji. Czy to grafice, czy to muzyce, sztuce, nauce, pisaniu felietonów czy graniu w Starcrafta.

Nie jest istotnym, jaka pasja nas łączy. Bo wszyscy jesteśmy pasjonatami.

Nasza siła leży w umiejętności dzielenia się swoimi pasjami i okazywaniu szacunku pasjom innych. Czerpaniu z naszej ogólnej wiedzy tego co najlepsze. Mamy do dyspozycji cały makowy świat pełen wszelakiej wiedzy, począwszy od gotowania na naprawie pralki skończywszy. Wszystkie kolory tęczy. Między nami są matki z dziećmi, redaktorzy gazet, graficy, muzycy, nieudacznicy i perfekcjoniści. Wspólnie możemy odnaleźć odpowiedź na każde pytanie i rozwiązać każdy problem. Czy nie warto przystanąć na chwilę i zanim padną kolejne słowa krytyki wziąść głębszy oddech. Zastanowić się, czy zamiast negatywizmu, nie lepiej czasem okazać wsparcia i pozytywnej motywacji?

Żyjemy w drapieżnych czasach. Rozmowy w małym światku krążą wokół pieniędzy. Zaglądamy sobie wzajemnie do kieszeni, przeprowadzamy audyt MacEwangelizmu. Gdzieś na dnie serca niewygodnym kamieniem spoczywa świadomość, że są jeszcze ludzie, którym się chce. Może na wpół świadomie zabijamy ostrymi słowami tę chęć drzemiącą w innych, by uczynić ich tak samo pustymi jak my sami. Ich przykład staje się żywym wyrzutem sumienia, uderzającym w naszą własną bezczynność. A przecież wystarczy tylko chcieć. Popatrzeć  na otaczający nas świat z odrobiną zwykłej ludzkiej życzliwości.

Pamiętam niedawne czasy gdy powstawał M@kowiec Pawła Dworniaka. Długie wieczorne rozmowy, w czasie których rodziły się najbardziej szalone pomysły. Pamiętam powstanie portalu MyApple i początkową kameralną atmosferę kipiącą od dobrych chęci, wyrazów przyjaźni i chęci współpracy. Pamiętam Mac2Day, który przekształcił się potem w MacPLUG. Pamiętam wiele wyjątkowych momentów – pierwsze spotkanie z Heidim, na jednym ze słynnych niedzielnych obiadów. Pierwszy mail od JAR-a, który znalazł mnie gdzieś w sieci. Pierwsze zalogowanie się na Szarlotce.

Wszyscy Ci ludzie, wszystkie te miejsca mają tak wiele do zaoferowania. Wystarczy tylko pozwolić im istnieć i podtrzymywać iskierkę żaru, która tli się w sercach ich twórców. Bez niej pogrążymy się w owych drapieżnych czasach w których samochód, dom i pensja musi być x razy większa niż adekwatne dobra naszego sąsiada. Nawet pies, kanarek albo złota rybka. Co tam kto sobie lubi hodować w domu.

Nawet w tych trudnych czasach powstało wiele godnych uwagi inicjatyw: Poradniki Pawła Nowaka, Testy sprzętu Cortlandu, Get Apple, Moje Jabłuszko, MacSzkoła, Polonizacje Heidiego, Zobacz Apple. Wszystkie tworzone są przez ludzi poświęcających swój prywatny czas i środki by przysłużyć się podzielonemu walką środowisku. Środowisku, które zbyt często nagradza ich niewybredną krytyką, zimną ironią i wytykaniem błędów.

Teraz z z wyboru żyję w innym świecie, innym kraju. W raju, któremu matka Apple podarowała Apple Store i gdzie nikt nie hakuje iTunes ani iPhona. W kraju gdzie muzykę kupuje się jednym kliknięciem a dostawa sprzętu jest darmowa i zajmuje 24 godziny. Nie są to jednak jedyne różnice pomiędzy Tu i Tam.

Różna jest też mentalność tubylców i tambylców. Tu, każda inicjatywa, zwłaszcza ta darmowa, jest wspierana z całych sił i całego serca. Powszechnie rozumiana jest wartość działań prospołecznych. Ludzie uśmiechają się na każdym kroku.

Może wiec nie iTunes i iPhone jest potrzebny polskim macuserom ale zmiana mentalności? Odrobina dystansu, spokojne miejsce w tym zabieganym świecie i poczucie przynależności?

Pisząc te słowa, w małym czerwonym samochodzie zaparkowanym na szczycie zielonego wzgórza (jakże romantycznie, nieprawdaż?), zastanawiam się czy możemy mieć jeszcze taki świat. Przez szybę promień popołudniowego słońca bawi się w chowanego z tęczowym jabłuszkiem.

Tego chciałabym dla naszego środowiska. Chciałabym widzieć macuserów pracujących razem. A na pytania “Co mi to da” – odpowiedź jest jedna – lepszy świat. Zbyt górnolotne? Świata nie da się zmienić od razu, świata nie da się zmienić w całości. Za to da się wpływać na swoje  małe poletko, rozciągające się tuż za oknem Findera mając nadzieję, że zasiane ziarno przyniesie owoce i już niedługo będziemy mogli cieszyć się obfitymi zbiorami tęczowych, radosnych jabłek.

Czy są jeszcze wśród nas ludzie wystarczająco szaleni, by spróbować zakończyć Wojnę Światów?



Share and Enjoy:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Twitter
  • Blip
  • Flaker
  • Google Buzz

Tags: , ,

5 Responses to “To był numer sześć”

  1. Bardzo dobry tekst.Nastawił mnie bardzo optymistycznie do życia, dzisiejszego ponurego ranka.
    Stwierdziłem też,że warto Ciebie poznać!

  2. Dziękuję. Proszę bardzo. Zapraszam ;-)
    Rozgość się i czuj się jak u siebie w domu. Najlepiej z kawą ;-)

  3. Jacek A. R. says:

    I jak widać warto, Pani Kingo. A mniejsza niż poprzednio liczba komentarzy może być ilustracją dawnej kwestii zwanej “odległością od przedmiotu”. Im coś jest bliższe, tym mówimy ciszej. Aż do milczenia w niektórych przypadkach.

  4. Pewnie tak, zresztą wpis trochę odgrzany ;-)

  5. deadmarlon says:

    “wszystkie najlepsze przygody zaczynały się od tego, że ktoś wypadł z komunikatora albo skrzynki pocztowej. O, na przykład Heidi”

    Wzruszające są te stare historie S@ntee. Powtarzane, ale jakby pisane na nowo, bo świadectwa tamtych polemik dziwnym trafem znikają. Po przeczytaniu Twojego artykułu, umieściłem na forum Mojego Jabłuszka wpis polemiczny pod tytułem “Dwie strony medalu” (czrwiec 2008). Zrobiła się wtedy z tego mała wymiana poglądów.
    Jakież było moje zdziwienie – a właściwie nie, wcale mnie to nie zdziwiło – kiedy postanowiłem przypomnieć sobie tę dyskusję i nie znalazłem jej w archiwum MJ. Jeden wątek dotyczący Twojego artykułu – “Podział wewnątrz i na zewnątrz ” jest, a drugi zniknął.

    W czerwcu 2008 roku nauczyłem się już iż wszelkie dyskusje prowadzone z Heidim na forach internetowych, należy archiwizować gdyż zdarzają się dziwne przypadki ich zniknięć. Mam więc wydrukowany do pliku PDF zaginiony wątek. Jak już wspominamy, to nie róbmy tego wybiórczo …

    oto ten tekst do ściągnięcia:
    http://w495.wrzuta.pl/plik/2qJdMAdCK7e/080626_dwie_strony_medalu_2

    ps. dobrze jest przeczytać wspomnienia, pisane z pewnej perspektywy czasowej. Można się wiele dowiedzieć o sposobie działania pewnych ludzi.

    <>
    BEZCENNE :)


Leave a Reply