Archive for the ‘Rodzinnie’ Category

December 23 2011 No Comment

iWant

Siedziałam w samochodzie, bezsilnie waląc w kierownicę i ze złością wypluwając z siebie raz za razem: “Cholera! Cholera! Cholera!” Czułam zbierające się pod powiekami łzy i uścisk w gardle, zwiastujący rychłe załamanie. “Cholera!” – zawyłam jeszcze raz, uderzyłam w kierownicę i oczywiście trafiłam w przycisk klaksonu. Przechodzący tuż przed samą maską samochodu mężczyzna podskoczył jak oparzony. Wcale się mu nie dziwię – idzie sobie spokojnie, wieczór, ciemno jak oko wykol, a tu nagle jakaś wariatka wali w klakson. Szczęście, że nie miał rozrusznika serca albo problemów z ciśnieniem. W domu, za dawnych czasów, w celu wyrażenia uczuć gwałtownych, panie używały wielce znaczącego sformułowania “Osztynagłaśmiercioty”. Coś jest na rzeczy.

Nie wiem, czemu się tak uparłam na ten śnieg. Już od dłuższego czasu wzbierało we mnie poczucie głębokiej irytacji. Połowa grudnia, a pogoda jak wczesną wiosną. Trawniki zielone, krzaczki zielone, ludzie smętni i przygaszeni. Kogo by nie zapytać o święta, wszyscy odpowiadają jękliwym tonem: “Nie wiem, nie chce mi się, może po posiedzę w domu…” No żeby was wszystkich ta jasna i nagła … tfu! Więc sobie ubzdurałam, że gdyby spadł ten śnieg, to od razu byłyby święta. Bo tak naprawdę, to przecież nie o pieniądze chodzi, nie o prezenty ale o to, żeby spędzić kilka dni z ludźmi, na których nam zależy. Nie obok, zabijając czas gapieniem się w telewizor albo klikaniem w klawiaturę komputera. Razem. A wiadomo, że jak zaśnieży, to zaraz ustaje wszelka komunikacja transportowa, ludzie odpalają kominki i siedzą otuleni w koce, z kubkami ciepłej herbaty w dłoniach. Dzieciaki wybiegają na zewnątrz, jeżdżą na sankach, rzucają się śnieżkami. O właśnie – ostatnia szansa, bo zamierzają rzucania się śnieżkami zabronić ustawowo, ze względów bezpieczeństwa.

- Oddawaj święta, draniu! Oddawaj! – zawyłam rozpaczliwie. – Oddawaaaaj! – niosło się po parkingu. Wygramoliłam się z samochodu, trzasnęłam drzwiami i dla podkreślenia wagi stwierdzenia przykopałam w oponę. Zabolało. Mnie, nie oponę.

- Oddawaj!

- Rany, przestań się drzeć jak opętana! – usłyszałam głos, dochodzący gdzieś z boku. Odwróciłam głowę. Tuż za mną, na betonowej płycie parkingu siedział zając. Duży. Biały. I przyglądał mi się z dezaprobatą.

- No co tak wybałuszasz gały? – zapytał, poruszając wąsikami. – Zdziwiona?

W zasadzie, to nie bardzo. Zając. Biały. Gada. Dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam. Tyle, że ten wymyślony miał w sobie więcej uroku i dostojeństwa. A to, co siedziało tuż przede mną, było raczej bezczelne i raczej wyszczekane. Wykrzywiłam się nieładnie.

- Gdzie jest mój śnieg? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Są Ś-W-I-Ę-T-A – kontynuowałam, podkreślając każdą głoskę. – Ś-W-I-Ę-T-A, rozumiesz?!

Zając popatrzył na mnie lekceważąco i lewą nogą podrapał się za uchem.

- No przecież wiem! – powiedział.  – Ale to nie powód, żeby robić taki raban w środku nocy! Musisz zrozumieć – kontynuował – że od czasu wprowadzenia nowoczesnego marketingu, zaawansowanej logistyki i badań konsumenckich musimy się trzymać planu. Na przykład w tym roku – jego ton przypominał nieco korporacyjnego managera na zebraniu rady zarządu – większość środków skierowaliśmy do Szkocji. Ze zrozumiałych względów…

- Guzik mnie obchodzą twoje względy! – przerwałam mu. – Mam to gdzieś! Słyszysz?! Ma padać i już! – krzyczałam wcale się nie przejmując, że dla przypadkowego przechodnia jestem wariatką, wrzeszczącą do pustej przestrzeni w okolicy kubła na śmieci. – Ja chcę śnieg!

- Twoje życzenie zostało zarejestrowane w systemie badania satysfakcji konsumentów – beznamiętnie poinformował zając. – Ale słuchaj, musisz zrozumieć, że to tak nie działa. Prowadzimy badania statystyczne i z naszych danych wynika, że jesteś w mniejszości. Na jedno twoje “chcę śniegu”, rejestrujemy trzy ” nie chcę śniegu” od pozostałych klientów.

- Gdzieś mam Twoich klientów! – krzyknęłam, przewijając w myślach listę podejrzanych, których mam zamiar odstrzelić w przyszłym tygodniu. Żeby się statystyka w chmurkach zgadzała. Delikatuśni się tacy nagle zrobili. Jak siedzieli w Polsce, to im nawet pól metra śniegu nie przeszkadzało. Drałowali do roboty w śniegowcach i z uśmiechem na ustach. A teraz, nagle, zimno, mokro i do domu daleko. I auto trzeba by było zostawić, użyć nóg dla przykładu, skoro matka natura takowe do zadka przytwierdziła. Bo wiadomo, że narządy nie używane zanikają.

- Niedługo będą się na gołych tyłkach ślizgać – pomyślałam nie bez satysfakcji, natychmiast uruchamiając nieprzebrane pokłady wyobraźni. – Ty mnie tu zając nie czaruj, tylko dawaj ten śnieg, zanim mi się cierpliwość skończy! – otrząsnęłam się z całkiem przyjemniej wizji tłumu zadków szorujących po chodniku.

- Dawaj, dawaj, dawaj!!! Ale już!

Zając pokręcił głową, ubolewając najwidoczniej nad moją zakutą palą, do której żadną miarą nie docierają racjonalne argumenty. Miałam dość. Naprawdę dość tych jego wiecznie poruszających się wąsików, wybałuszonych gał i mentorskiego tonu. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w normalnych okolicznościach bardzo kocham zwierzęta. Naprawdę! Za to zająca znienawidziłam z całego serca. Miałam ochotę zawiązać mu uszy w efektowny, twarzowy supeł i nasypać soli morskiej na ogon. I wtedy coś we mnie pękło. Furia wybuchła z taką siłą, że rachityczne, parkingowe drzewka pochyliły się do ziemi. Wyglądało to tak, jakby chciały wyciągnąć korzonki ze swoich betonowych doniczek i uciekać gdzie pieprz rośnie. Rzuciłam się do przodu, chwyciłam uszy zająca w garść i zaczęłam nim potrząsać gwałtownie. Jego oczy stały się jeszcze bardziej wybałuszone, a dwa przednie siekacze błyskały w ciemnościach. Pod nimi ukazał się mały, mięsisty, różowy języczek.

- Oddawaj moje święta! – darłam się – Oddawaj mój śnieg! Ty, ty, ty…. Złodzieju! Ty zapchlonego draniu! Ty cholerny GRINDŻU! – wrzeszczałam.

Zając w moim ręku podskakiwał jak piłeczka pingpongowa.

- Us..ta..wa … – wydusił z siebie, pomiędzy jednym i drugim podskokiem.

- Co?! – zawyłam – jaka ustawa?!

- O… ochronie… zwierząt…. -  mała mordka wykrzywiła się z trudem, wymawiając kolejne słowa.

- O nie, nie, nie! – w moich oczach pojawił się złośliwy błysk. – Ciebie to nie dotyczy! Ty nie jesteś PRAWDZIWY! – zawołałam tryumfująco, szarpiąc dalej zająca za uszy. – Nie PRAWDZIWY!

W końcu zając znieruchomiał. Zwisał bezwładnie w mojej garści, niebezpiecznie przypominając pewnego innego zająca, którego kiedyś spotkałam. Tamten zając zwisał sobie z balkonu, kruszejąc i przygotowując się do wypełnienia życiowej misji – zostania pasztetem. Był całkiem szary i strasznie długi. Ślepia miał otwarte. Z tamtym zającem odmówiłam współpracy gwałtownie i zdecydowanie.

Zagroziłam końcem świata, jeśli zobaczę go w domu. Zapowiedziałam również, że pasztetu jeść nie będę. To nie trudne, zwłaszcza, że w tym okresie byłam wegetarianką. Kiedy nadszedł czas, zając został cichaczem przetransportowany do domu i powieszony w szafce, której nikt nigdy nie otwierał. Najwyraźniej nikt i nigdy. Poza mną. Nie spodziewając się niczego otworzyłem drzwiczki i ujrzałam truchło. Nawet ręka mi się omsknęła o jego miękkie, jedwabistym futerko. Tego było już za wiele. Narobiłam wrzasku i zażądałam usunięcia zwłok. Wyszłam na dwór, a kiedy wróciłam, zająca nie było nigdzie w zasięgu wzroku.

Tym razem jednak nie dałam się nabrać.

- Przestań udawać, ty żałosna podróbo! – wycedziłam i potrząsnęłam nim porządnie. Wąsiki zająca poruszyły się. – I tak cię nie puszczę, nawet jeśli będziemy tu stać do końca świata – dodałam. – Pogadamy, jak załatwisz sprawę ze śniegiem, ani sekundy wcześniej!

Oczy zająca ożyły i wydał z siebie głębokie westchnienie rezygnacji.

- No dobra … – powiedział. – Tylko już puść!

- Myślisz, że jestem głupia?! – zapytałam. – Jak cię puszczę, to zaraz zwiejesz na tych swoich krótkich nóżkach!

Zając spojrzał na mnie uroczystym wzrokiem.

- W moimi biznesie słowo jest jak umowa! – żachnął się. – Z resztą, przecież Ci tego śniegu z kieszeni nie wytrząchnę – dodał rozsądnie. – Muszę skoczyć do magazynu.

Przez chwilę ważyłam w myślach słowa, uznając w końcu, że ma rację. Postawiłem go na ziemi i groźnym tonem powiedziałam:

- Masz minutę, bo jak nie to…

Zając zniknął, wydając z siebie ciche ‘puff’, by za chwilę zjawić się ponownie. Pogrzebał przez moment w kieszeniach futra, wyjął z niego dwa pojemniczki i wetknął mi je w dłonie, odskakując natychmiast na bezpieczną odległość.

- Produkt zastępczy nie podlega reklamacjom! – pisnął złośliwie.- Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług – dodał i po raz kolejny wydając ciche ‘puff’ – zniknął.

Spojrzałam na trzymane w rękach pojemniczki. Dwa areozole, na których jak wół stało napisane:

SZTUCZNY ŚNIEG

W zasadzie, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. W końcu zdjęłam pokrywkę z pojemnika i narysowałam na betonie naturalnych rozmiarów bałwanka. W czapce z garnka i z marchewkowym nosem. Odwaracąjc się i spoglądając na niego po raz ostatni zaklęłam pod nosem.

-   Czekaj zając, na Wielkanoc zrobię z ciebie pasztet!

Z cienia, w okolicy kubłów na śmieci, dobiegł mnie cichy pisk. Uśmiechnęłam się złośliwie. Mam czas, mogę poczekać.

***

Byłabym zapomniała!

Wesołych Świąt!