Posts Tagged ‘Maki i Maczki’

August 24 2010 9 Comments

Wszystkie drogi prowadzą do Apple

Jak się wydukało ‘A’ to trzeba za to ‘b’eknąć. W poprzednim wpisie, przypomniałam historię prześwietnej domeny s@ntee online, w skład której wchodziło wiele stron tematycznych, m.in Polskie Strony Makowe, MacDzieciaki oraz Moof! Właśnie na stronach Moof! zawisła po raz pierwszy moja makowa/komputerowa historia, która następnie przeniosła się do MacWiki – stworzonego w ramach portalu Mac.PLUG (aka Mac2Day-wcześniej, aka makowe.pl- obecnie). Ta sama historia pojawiła się również w odcinku numer 6 podcastu MyApple – odczytana osobiście, strasznie długa i pewnie zanudziła słuchaczy. Było to w czasach kiedy na MyApple pełniłam funkcję moda kategorii sprytnych a bezpłatnych programów i admina na forum MacPLUG.

Tak! Takie rzeczy były możliwe! ;-)

Mam kopię tego nagrania, ale boję się ją upublicznić. Jakoś dziwnie się słucha samej siebie i do tego straszna dłużyzna. Nastolatka Młodsza, zainteresowana odgłosami wpadła do pokoju i z właściwą sobie delikatnością zapytała:

“Mama! To Ty gadasz z komputera? Dziwna jesteś.”

No. Najwyraźniej.

Zatem bez dalszych wstępów, przedstawiam Szanownym Czytelnikom kawałek prehistorii i świata, który odszedł w zapomnienie. Pisownia oryginalna, błędy oryginalne :P

Think Different

Dawno, dawno temu w zapmnianej krainie …

Moja komputerowa historia zaczęła się dawno temu, w czasach gdy używano dyskietek 5’25, 1 MB pamięci był luksusem, a obowiązujacym edytorem CheeWriter (TAG wszedł do użytku powszechnego dużo później).

W zasadzie, to zaczęła się jeszcze wcześniej, od ZXSpectrum z gumowymi klawiszami i skaczących po ekranie ludzików. Ale ów cud techniki nie należał do mnie, tylko do guru komputerowego naszej rodziny, męża mojej siostry – Pawła.

Komputery stały w niewielu domach, jeszcze mniej podłączonych było do jakiejkolwiek formy sieci. Po uruchomieniu, użytkownika witał czarny ekran, na którym w zawrotnym tempie 25Mhz uciekały w górę białe literki do pojawienia się magicznego ‘znaku zachęty’. Szczytem rozpusty był Norton Commander, graficzna nakładka na DOS pozwalająca automatyzować czynności związane z zarządzaniem plikami.

Daleko, czyli wszystko przez Pawła.

Kiedy mój pierwszy własny komputer zainstalował się na niskim lakierowanym stoliku, miałam już niejakie pojęcie dotyczące systemu, BIOSU i innych miejsc magicznych, gdzie użytkownik mógł popisywać się umiejętnościami psucia sprzętu. Niemniej, a może właśnie dzięki owej wiedzy udało mi się kilkakrotnie zmusić komputer do odmowy współpracy i … podnosiłam słuchawkę w celu molestowania ‘Guru’, który winien na skrzydłach bitów przybyć i ocalić moje jakże istotne dla społeczeństwa i nauki dane. Niestety, ‘Guru’ mieszkał dość daleko, więc musiałam uzbroić się w tygodniową cierpliwość albo naprawić sprzęt ucząc się w postępie geometrycznym wszystkiego, co dotyczyło tego szarego pudełka.

Ciągle jeszcze słyszę w uszach przerażone głosy rodziny, starającej się powstrzymać moje techniczne zapędy argumentami ogólnie przyjętymi w żeńskiej części społeczeństwa ‘Nie ruszaj bo popsujesz!  Poczekaj, przyjedzie Paweł i zrobi.’ Argumenty te przyjmowałam jednak z jako z goła nielogiczne, jak można bowiem popsuć ‘bardziej’ coś co już jest popsute? Tą oto prostą, czysto empiryczną metodą zgłębiłam tajemnice komputerologii. systemu, BIOSU i przeszłam na wyższy etap grzebactwa czyli …

Jak klocki LEGO

W tym czasie, na Warszawskiej Giełdzie Komputerowej, za niewielką rekompensatą finansową nabyć można było dobra wszelakie, czyniące szczęśliwym i ukontentowanym komputerowego Geeka. Przyczepione do płytek układy budziły niespotykane emocje, niezrozumiałe dla reszty społeczeństwa. Można było również za pośrednictwem małych nośników szczęścia zaopatrzyć się w dowolne oprogramowanie, sprawiające że na twarzy Geeka wracającego do domu rezydował przyklejony wyraz błogiej radości. Wtedy niewielu słyszało o prawach autorskich i nielegalnym oprogramowaniu. W zasadzie nie było u nas nawet takiego prawa.

Jeden z kolegów zajmujących się ową działalnością giełdową i jednocześnie intratym procederem składania komputerów, na moje pytania dotyczące spraw technicznych nieopatrznie stwierdził: ‘Słuchaj, żadna filozofia. To się składa jak klocki LEGO. Źle nie włożysz.’  Pewnie kolega do tej pory nie wie (pozdrawiam Alfer!), że to stwierdzenie stało się początkiem nowego etapu mojej przygody z komputerami. Skoro to tylko klocki LEGO, a klocki umiałam układać od dziecka to czas żeby …

Zajrzeć do środka

Zagłębić się w plątaninie przewodów, taśm i kabelków. Wyjmować karty, odpinać dyski, sprawdzać jak działa małe okienko wyświetlające ilość posiadanych na pokładzie megahertzów. Wpadłam w wir rozkręcania, wymieniania, przekładania.

W niedługim czasie zaczęłam grzebać nie tylko w swoim sprzęcie ale i w komputerach znajomych. Nawet nie zauważyłam kiedy telefon zaczął dzwonić regularnie a ludzie po drugiej stronie sznurka oczekiwali rad, porad lub wzięcia ich maskotek na stół operacyjny. Nie zauważałam wtedy nawet że grzebanie w komputerach jest zajęciem kulturowo męskim. Znajomi byli przyzwyczajeni a jak to wygląda w szerokim świecie przekonałam się dopiero póżniej.

I znów wszystko przez Pawła

Dzień był chłodny, styczeń, środek zimy. Siostra z mężem ‘Guru’ przyjechali w odwiedziny. ‘Guru’ wyciągnął z kieszeni sporą kartę i powiedział: ‘Masz, może Ci się przyda.’ Karta, którą przyniósł była drzwiami, oknem i wszelkimi innymi wejściami do nowego świata. Cudem techniki. Była Modemem.

Modemem o zawrotnej szybkości 9600, pozwalającej w owych czasach na zaglądanie do światów zakazanych informacji, wolnego i nieskrępowanego przepływu danych.

I tak po poznawaniu systemu, zgłębianiu zagadnień technicznych przyszła kolej na nową ere – ere Internetu.

0-202-122

Każdy, kto pamięta tamte czasy, ze zgrozą wspomina długie godziny spędzane na oczekiwaniu na zestawienie połączenia. Modem piszczał i piszczał, kolejne próby wdzwonienia się do sieci kończyły się fiaskiem. Ceny dostępu były koszmarne a ceny TPSA zwalały z nóg. Rachunki telefoniczne mogły przyprawić o zawał a już napewno o palpitacje serca. Zresztą uważam, że za te wszystki zapłacone rachunki powinnam mieć nieograniczony dostęp do sieci w prezencie od telekomunikacji. Ot co! ;-)

Czas poza czasem

Kolejne lata były pasmem poznawania, uczenia się i zgłębiania wielu aspektów sieci. W międzyczasie zmianiały się systemy, przeminął DOS, Win 3.1, nadeszła era okienek w Win 95 i Win 98. Telefon dzwonił ciągle, nie było jednego dnia w ciągu tych kilku lat, żeby w kącie pokoju nie stał jakiś rozgrzebany komputer a gdzieś w tle na monitorze nie przesuwały się literki w okienku IRC. W tamtych czasach kozacy używali BitchX, reszta mIRC-a z ewentualna nakładką Luzik by TuX ;-) W sieci. można było poznać  ciekawych ludzi, przesiąknąć specyficznym klimatem, nabrać przyzwyczajeń. Można było również zapoznać się ze specyficzną ideologią wolności przepływu informacji która towarzyszy mi do dziś. W skrajnych przypadkach, można było się dowiedzieć jak zbudować Box’a, podłączyć się do budki telefonicznej i …

Napisać pracę magisterską czyli Smerfy, Gumisie i inne bajki

Pisanie pracy magisterskiej było w moim przypadku wyczynem karkołomnym i patrząc na to z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że pewnie w chwili obecnej nie byłabym w stanie tego wyczynu powtórzyć. W oryginale, praca ta miała zawierać się w dziedzinie nauki zwanej socjologią małych grup i opierać się głównie na mechanizmach psychologicznych rządzących społecznością internetową. W owych czasach rodziło się dopiero pojęcie “Uzależnienia od internetu” (Internet Addiction Disorder) pola do popisu było więc sporo. Niestety, upatrzony przeze mnie promotor okazał się posiadać już sporą grupkę magistrantów w związku z tym plany musiały ulec zmianie. I w ten właśnie sposób, na kierunku psychologicznym napisałam pracę magisterską z zakresu kryminologii “Internet – żródło współczesnej przestępczości”, najeżoną terminologią która budziła lęk nawet u mojego promotora, było nie było ‘najgłówniejszego’ (za Kornelem Makuszyńskim) kryminologa w naszym kraju. Podeszłam do sprawy poważnie, dużo czasu, wysiłku i pracy kosztowało mnie uzyskanie ‘informacji z pierwszej ręki’. Ale było warto. Okres ten wspominam jako najbarwniejszy etap komputerowania.

Maki po raz pierwszy

Po raz pierwszy z maczkami zetknęłam się pod koniec studiów, w czasie pracy w Agencji Reklamowo-Wydawniczej. W zasadzie był to kontakt dość chłodny i nie generujący wielkich emocji. Nie było czasu ani okazji do zagłębiania sie w tajniki systemu, ważne ze Photoshop działa jak powinien. Czułam jednak, że kiedyś na mojej drodze staną maczki i spełnią jakąś znaczącą rolę. Od czasu do czasu zaglądałam w applowe miejsca, rozważając czysto teoretycznie jak pasuje maczek do s@ntee i czy s@ntee pasuje do maczka. Niemniej nie zakładałam jeszcze wtedy opcji kupienia nadgryzionego komputera. Compaq Presario sprawował się dzielnie, służył wiernie przez kilka lat aż przyszedł dzień gdy posiadł go nowy właściciel i trzeba było udać się w miejsca wymiany srodków pieniężnych pozyskanych z jego sprzedaży na środki techniczne obecne od lat w moim domu. W tym celu udałam się na giełdę i …

Nastał dzień, w którym świat się zmienił

Wędrowałam po giełdzie zmęczona i zniechęcona. Wiadomo przecież, że komputer to przedłużenie ręki i trudno wypatrzyć właśnie tego, który będzie służył wiernie przez najbliższe lata. Na jednym ze stoisk, w otoczeniu czarnych i szarych ‘blaszakow’ przenośnych stał biało-niebieski, widoczny z daleka ibook Clamshell.

Można nazwać to przeznaczeniem. Można nazwać to zrządzeniem losu bądź metafizyczną interwencja Stefana ale ciągnęło mnie w tamtą stronę. I od momentu gdy pierwszy raz wzięłam go na kolana wiedziałam, że będzie mój. I był mój, w niecałe 15 minut potem. Sprzedawca, który nie miał większego pojęcia co to za sprzęt, na którym jak lojalnie uprzedził ‘Nie da sie postawić Windowsa’ tak bardzo chciał się go pozbyć, że zaproponował spory upust w stosunku do ceny wyjściowej. Tak właśnie stałam się posiadaczką mojego pierwszego maczka.

Dla tych którzy czytali między wierszami i wydali w tym momencie jęk rozpaczy powtórzę jasno i otwarcie. Nie szukałam maczka, nie rozważałam jego zakupu. Nie czytałam setek recenzji, nie zastanawiałam się “Czy tego da się używać”, pisać, komunikować, czy jest kompatybilny z blaszakami i co ja z nim zrobię. Maczek znalazł mnie a ja znalazłam maczka. Korzystając z nabytych wcześniej umiejętności i wiedzy z góry założyłam, że skoro są ludzie, którzy maczka używają do celów domowych i radzą sobie, to ja też sobie poradzę. Zrobiłam to, co do tej pory radzę wszystkim switcherom: ” Nie pytaj ‘czy?’, pytaj ‘jak?”. Zegar wystartował.

Nie należę do osób cierpliwie czekających na rady i rozwiązania dostarczane przez innych. Nie znając MacOS 9 musiałam dość intensywnie zagłębić się w strukturę systemu, by skonfigurować komputer do wykonywania oczekiwanych przeze mnie zadań …

Switch

W ciągu pierwszych  24 godzin

Prostota i funkcjonalność systemu powalała na kolana. Po doświadczeniach z zaburzoną logiką Windowsa w ciągły zachwyt wprawiała mnie intuicyjność obsługi. Wszystkie ustawienia znajdowały się właśnie tam, gdzie wydawało mi się że są. Ciągle miałam wrażenie, że ustawień jest za mało, że czegoś nie wiem, że to nie może być takie proste. Jednak było. Po 24 godzinach wszystko było już skonfigurowane, łącznie z Explolerem wyświetlającym polskie znaki na stronach. Pewnie moja nieświadomość problemu sprawiła, że w tak beztroski sposób podeszłam do zmiany platformy. Dopiero dużo później dowiedziałam się jakie problemy przesiadającym się sprawia konfrontacja z logiką Macintosha. Stare przyzwyczajenia pozostały. Szukałam, uczyłam się, poznawałam sprzęt i ludzi. Rozkładałam  na kawałki Clamshella ( również dopiero po fakcie dowiedziałam się że to problematyczna czynność:). Znów niezauważalnie zaczęły pojawiać się rozgrzebane komputery, tym razem już nie blaszaki, tylko maczki. Zmieniały się systemy, po 9 przyszedł OSX, Jaguar, Pantera, Tygrys. Wciąż wszystko było proste i intuicyjne. Siadając do PC czy naprawiając sprzęt pecetycznym znajomym zastanawiałam się jak to możliwe, że ciągłe zmuszanie komputera do pracy było kiedyś codziennością.

Idea Think Different stała mi się wyjątkowo bliska, jakbym nigdy nie żyła w świecie Windows. Głos Gatesa ucichł.

Po prostu s@ntee i maczek tworzą dobraną parę. Lubimy się i rozumiemy. I nie wyobrażam sobie powrotu do tamtego, dziwnego świata, gdzie żeby zakończyć trzeba nacisnąć START.

Zakończenie

Tak wygląda moja historia, w końcu wypadało ją napisać, skoro zmuszałam do tego innych i wyrywałam im poznaczone czarnymi literkami kartki z zaciśniętych palców. Staram się pomagać innym, dzielić się wiedzą i sprawiać by podjęcie decyzji o przesiadce nie było tak straszne. Właśnie dlatego powstały moje strony: bezsenni, polskie strony makowe, macdzieciaki i cała reszta. Dlatego również zaangażowałam się w tworzenie MacWiki i funkcjonowanie forum MacPLUG. Dla Was, zastanawiających sie nad switch’em. Dla Was którzy szukacie rozwiązań i wiedzy. Zapraszam do wpółtworzenia i rozwijania tej inicjatywy, by ułatwić tym co przyjdą zarówno zapoznanie się ze sprzętem jak i z tradycją i swoistą kulturą społeczności makowej.

Próbowałam zawrzeć tą myśl we wstępniaku na stronach Moof!:

” (…) Here’s to the crazy ones.

The misfits. The rebels. The trublemakers.

The round pegs in square holes.

The ones who see things differently. (…)

Można powiedzieć, że czasy się zmieniły. Że Maki, to tylko sprzęt mający pełnić określoną funkcję. Można powiedzieć, że nie ważne są idee tylko przydatność.

Można powiedzieć, że nowych użytkowników nie interesuje  historia jednoklawiszowej myszki, tylko wydajnosć procesora w nowych powerbookach.

Rzeczywiście, komputera można używać, nie znając jego historii. W żaden sposób nie wpłynie to na jego użyteczność. Filozofia, nie ma związku z taktowaniem procesora, nie zwieksza ilości pamięci karty graficznej i nie sprawia, że pdf-y kręcą się szybciej.

Jednak, niezmienna od lat filozofia “Think Different”, dodawana gratis do każdego sprzętu Apple sprawia, że poza walorami technicznymi, komputery te posiadają dusze.

Są nie tylko przedmiotami, lecz również domowymi ulubieńcami.

Często, ludzie pytają: “Think different? Jak different?” Po prostu Think Different. Kreatywnie. Po swojemu. Gdyby podać definicje “inności”, przestałaby być wyjątkowa, niepowtarzalna.

To nie wojna platform i systemów. To nie walka człowieka z komputerem.

To współpraca idei stworzonej przez człowieka i maszyny. Tworzenia wspólnego języka, by z zamysłu przelanego do małego pudełka, powstawały obrazy, dźwięki i słowa.

Tak, maki były i są narzędziem. Narzędziem realizacji drzemiącej w każdym z nas potrzeby tworzenia. Naczyniem, któremu powierzamy wizję, by otrzymać zamknięte w cyfrowym świecie bitów i bajtów, okruchy wyjątkowej, niepowtarzalnej duszy każdego z nas.”

Witamy w naszym świecie.

Think Different.